Pierwsza podróż do Sztokholmu – wrażenia, ciekawostki i pierwsze kroki w Szwecji
Moja przygoda w Sztokholmie: od pierwszego lotu, przez zimny wiatr i łosie na drodze, po czerwone drewniane ulice i fascynujący krajobraz Szwecji
Miałem okazję polecieć do Sztokholmu razem z kilkoma członkami rodziny – lecieli akurat na rocznicę ślubu mojego kuzyna, który mieszkał w stolicy Szwecji od kilku lat. Dawno ich nie widziałem, bo wcześniej nie utrzymywałem z nimi bliskich kontaktów, więc sama podróż była jakby małą przygodą i powrotem do świata, którego trochę nie znałem. Już w samolocie zaczęło się dziać – siedziałem obok ciotki, która od razu zaczęła mnie „przesłuchiwać”:
Masz butelkę wody?
Nie, nie mam – odpowiedziałem.
Podniosła brwi, wyciągnęła swoją plastikową butelkę i pokazała mi ją.Masz gumę do żucia?
Też nie mam…
Zrobiła minę pełną zdziwienia i ostrzegła:No to pamiętaj, żeby często przełykać ślinę, bo inaczej uszy ci wysadzi…
Szok.
18 lat, pierwszy lot w życiu i siedzę jak wryty, myśląc sobie: „Nie może być, ona chyba żartuje”. Ale nie żartowała – całą drogę żuła gumę i popijała wodę, mocno przełykając przy każdym łyku.
Na szczęście moje uszy nie eksplodowały, a ja, pełen mieszanki strachu i fascynacji, szczęśliwie wylądowałem na lotnisku w Skavsta, gotowy na pierwsze przygody w Szwecji.
Nie wiedziałem jednak, że lotnisko Skavsta jest tak daleko od samego Sztokholmu. Wsiadamy w samochód i już od pierwszych minut czułem różnicę – zimniejszy klimat, lekki skandynawski wiatr, zachmurzone niebo. Od razu wiedziałem, że tu wszystko jest trochę inne. Pierwsze, co wpadło mi w oczy, to znaki drogowe. No tak, są w innych kolorach niż u nas – i wcześniej o tym nie pomyślałem.
Przyglądałem się im uważnie, próbując wszystko ogarnąć, aż po kilku zakrętach moją uwagę przykuł znak z łosiem. Tak, łosie! Symbol ostrzegawczy: “Uwaga, zwierzyna na drodze” – coś zupełnie nowego dla kogoś, kto do tej pory jeździł tylko po Polsce.
Potem patrzyłem na krajobraz – wszędzie skały, wszędzie lasy. Kwadrans jazdy i dalej lasy, skały, trochę jezior tu i tam. W samochodzie ciotki rozmawiały o podróży, ja wpatrzony w to wszystko jak w obrazki, próbując ogarnąć, jak bardzo inny jest tu świat w porównaniu do Poznania.
Kiedy ciotka spytała, czy mnie nie bolą uszy po locie, w końcu zorientowałem się, że dookoła wcale już nie ma lasów – otaczały mnie szerokie łąki, ale skały ciągle były wszędzie. To było coś zupełnie nowego: życie w mieście, a tu nagle natura w tej skali i tak blisko drogi – coś, czego w Poznaniu nie doświadczyłem.
Po ponad godzinie jazdy przez te skaliste, leśne i łąkowe tereny w końcu wjechaliśmy do samego Sztokholmu. I wtedy zobaczyłem coś, czego wcześniej nie widziałem – pierwszy długi tunel, przez który przejeżdżaliśmy. Ciągnął się w nieskończoność i od razu poczułem ekscytację – nowy kraj, nowe miasto, nowe widoki. Moje oczy próbowały ogarnąć, jak drogi są tu poplątane, jak ronda potrafią być na wysokości mostów, a mosty wznoszą się jakby na poziomie budynków.
Przejeżdżaliśmy przez Gullmarsplan i zobaczyłem drogi na wielu poziomach, coś zupełnie nieznanego w moim mieście. Wtedy pomyślałem, że wszystko tu wydaje się przemyślane do perfekcji, jakby całe miasto było jak małe mieszkanie, które trzeba urządzić tak, żeby wszystko się zmieściło – samochody, ludzie, budynki, mosty, ronda… wszystko w idealnym porządku, choć na pierwszy rzut oka wyglądało jak chaos.
To było fascynujące i zupełnie odmienne od tego, co znałem z Poznania.
Pierwsze kroki po ulicach tylko wzmocniły moje wrażenie: budynki były najczęściej czerwone i drewniane, co nadawało miastu niesamowity, przytulny charakter. Wszędzie było czysto – duże śmietniki stały w regularnych odstępach, a śmieci na ulicach praktycznie nie było.
Każdy detal sprawiał wrażenie przemyślanego i uporządkowanego, tak jakby miasto samo pilnowało, żeby było schludnie.
To był dzień pełen wrażeń: od lekcji przełykania wody i żucia gumy w samolocie, przez zachwyt krajobrazami, skałami i lasami, aż po pierwsze spacery po czystych, czerwonych ulicach Sztokholmu. Każda chwila była nowa, ekscytująca i jednocześnie pokazywała, jak bardzo inny jest ten kraj w porównaniu do Polski – w detalach, w sposobie życia, w porządku i dbałości o każdy szczegół.
Poczułem, że w Szwecji każdy dzień może przynieść coś zaskakującego, a nawet zwykły spacer staje się małą przygodą.
Jeśli ciekawi Cię, co wydarzyło się dalej i jakie kolejne szwedzkie ciekawostki mnie zaskoczyły – w następnych wpisach opowiem więcej. Nie przegap tego!
Vi ses!