„Nigdy się nie poddawaj” Donald Trump
Donald Trump motywuje, ale nie zaskakuje. Sprawdź, dlaczego ta książka to raczej lekka opowieść biznesowa niż kopniak do działania.
Trump, sukces i… trochę przynudzania
Kiedy sięgnąłem po „Nigdy się nie poddawaj”, byłem pełen nadziei. Tytuł krzyczy „motywacja”, autor to Donald Trump – człowiek, który przeżył więcej wzlotów i upadków niż niejeden rollercoaster. Miałem nadzieję na konkretną dawkę inspiracji, historii z krwi i kości, ciosów prosto w mental. A co dostałem? Cóż… sporo o nieruchomościach i sporo autopromocji. Trochę mniej iskry, niż się spodziewałem.
O nieruchomościach i kilku życiowych zakrętach
Książka to zbiór anegdot i case’ów z życia Trumpa, w większości skupionych wokół jego biznesu – zwłaszcza nieruchomości. Tak, są tu momenty, w których opowiada o wyzwaniach, bankructwach, trudnych decyzjach. I owszem – to pokazuje, że jest twardym graczem. Ale… większość książki to jednak opisy transakcji, inwestycji, dealów.
Zabrakło mi głębszych wglądów, autentycznych emocji, a przede wszystkim – świeżego podejścia. Nie wciągnęła mnie tak, jak inne pozycje w tej kategorii. Trochę to było jak czytanie raportu z budowy Trump Tower – profesjonalnie, ale bez ognia.
Styl pisania – lekki, szybki, ale trochę jak z prezentacji dla inwestorów
Plus za to, że książkę czyta się błyskawicznie. Styl jest prosty, bezpretensjonalny, z lekkością typową dla Trumpa. Ale właśnie – może aż za bardzo. Czuć, że Trump i jego ghostwriterka chcieli, żeby to było zjadliwe dla każdego. Problem w tym, że przez to momentami brakuje głębi. To trochę jak rozmowa z kimś, kto chce cię przekonać, że wszystko zawsze mu wychodzi – nawet gdy mówi o porażkach.
Trump w wersji „delikatnie podrasowanej”
Cała książka kręci się wokół jednej postaci – Donalda Trumpa. I o ile pokazuje on swoje twarde cechy – wytrwałość, zimną kalkulację, ogromną pewność siebie – to mam wrażenie, że chciał się tu trochę pokazać w jeszcze lepszym świetle niż to konieczne. A przecież i tak ludzie go szanują – właśnie za to, że przeszedł przez piekło biznesu i nadal stoi na nogach. Niepotrzebnie upiększał – lepiej by było, gdyby pokazał więcej słabości. Byłoby zwyczajnie i po prostu po ludzku.
Po prostu zabrakło mi tutaj trochę mięsa od Trumpa. Rozdziały były zdecydowanie za krótkie jak w książce dla dzieci.
Kilka wniosków, ale bez efektu „wow”
Czy coś z tej książki wyniosłem? Tak – przypomnienie, że sukces nie przychodzi bez upadków. Że wytrwałość i konsekwencja to fundament. Ale – szczerze – czytałem inne książki w tej kategorii, które kopały mocniej i zostawały w głowie na dłużej. Ta była raczej jak rozmowa przy kawie niż motywacyjna petarda. Rozmowa z wujkiem, który wspomina kilka rzeczy. Dobra na start, ale nie przełomowa.
Dla kogo i czy warto?
Polecam tę książkę tylko w określonych przypadkach:
Dla fanów Trumpa – bo będą ją czytać z uśmiechem, niezależnie od treści.
Dla początkujących w temacie biznesu – jako lekka lektura na rozruch.
Dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda myślenie dużego gracza w nieruchomościach.
Podsumowanie:
Styl: szybki, prosty, lekki – do przeczytania w dwa wieczory
Tematyka: mocno skupiona na nieruchomościach
Wartość: kilka lekcji, ale bez przełomowych odkryć
Trump: twardziel, ale tu trochę za bardzo lukrowany
To książka, która może cię zmotywować – jeśli nie czytałeś wcześniej nic lepszego. Ale jeśli znasz „Bogaty ojciec, biedny ojciec”, „Obudź w sobie olbrzyma” albo cokolwiek od Dana Peñy… to „Nigdy się nie poddawaj” może wydać się ciut za grzeczna. Jak Trump w garniturze, który opowiada o swoich walkach… ale nie pokazuje żadnych blizn.